Restart osobowości do ustawień producenta czy własna konfiguracja wad i zalet? Plusy ujemne za ucieczki od rzeczywistości, minusy dodatnie za niczym nie uzasadnioną wiarę w ludzi. Czasem rozważania niepoważne na tematy zagadkowe.
Kategorie: Wszystkie | Aaargh | Magia... | Woohoo
RSS
poniedziałek, 20 czerwca 2011
Chamstwo (nie)pożądane
Czy ustępujecie starszym miejsca w autobusie lub tramwaju? Odpuszczacie miejsce w kolejce pani w zaawansowanej ciąży lub panu z jednym artykułem, chociaż w Waszym koszyku nie ma nawet jak szpilki wcisnąć? Przeklinacie w miejscu pracy? No właśnie...
niedziela, 06 września 2009
Wbijanie szpili czyli chimery ekstremalne w damskim wykonaniu

Żadna zdrada nie boli tak bardzo jak zdrada najlepszego przyjaciela. Szególnie mocno - najlepszej przyjaciółki.

Kobiety są trudniejsze. Nie tylko w utrzymaniu, w poskromieniu charakteru, ale również w zdobyciu i utrzymaniu przyjaźni. Facetom jest łatwiej. Przyjaciela znajdują raz i na całe życie, cała reszta to kumple albo koledzy z pracy, a najczęściej po prostu kontrahenci albo znajomi do kieliszka. Przepraszam, kufla.

W kobiecym świecie przyjaciółka przyjaciółce nierówna i dlatego znalazłyśmy na to tysiące określeń "pomiędzy". Mamy koleżanki z pracy, te lubiane, z którymi urywamy się na przerwy, te przydatne, z którymi załatwiamy interesy międzywydziałowe (gdyby szefowie płci męskiej wiedzieli, jak wiele układów i kontraktów zależy od dobrych stosunków pani Marysi z sekretariatu i pani Danusi z księgowości...!) oraz te niezbędne, których nie lubimy, ale bez których nie byłoby o czym rozmawiać na papierosie.

Mamy też koleżanki "kawkowe", z którymi spotykamy się kilka razy w roku. Najczęściej są reliktem naszej przeszłości, chodziłyśmy z nimi do szkoły, rzucałyśmy się łopatką w piaskownicy lub wypijałyśmy pierwsze drinki alkoholowe przed szczeniackimi imprezami. To one nauczyły nas, jak malować usta szminką, wytłumaczyły, dlaczego sąsiad z drugiego piętra jaet palantem i wyjawiły, jak smakują pierwsze pocałunki skradzione w ciemnej klatce schodowej. Teraz, gdy nasze drogi rozeszły się w kilkanaście różnych kierunków, to one sprowadzają nas na ziemie, do wspomnień ze starych pięknych czasów, które na szczęscie odeszły już w niepamięć. Spotkania z nimi są przyzwyczajeniem, którego nigdy nie porzucimy, ponieważ nie potrafimy żyć bez ploteczek o ludziach, których znaliśmy dawno temu.

Przyjaciółki studenckie znają nasze ciemne sekrety - chłopaków przemycanych do akademika, noce zarwane na imperzach przed, po i w trakcie sesji, kiedy rodzina była pewna, że kujemy do egzaminu. To od nich pożyczałyśmy kasę na jedzenie, kiedy kończyło się stypendium. Do dziś w szafie znajdujemy sweterki, które pożyczyłyśmy sobie tyle czasu temu, kiedy skończył się nam zapas czystych ubrań. Z nimi kontakt utrzymywać łatwiej, bo przeważnie pracujemy w tej samej branży - dobrze wiedzieć, jak te same problemy rozwiązuje się w innych firmach, szkołach, urzędach - w różnych województwach. (Ciekawa teoria, kto rządzi tym krajem, prawda?)

Są na tym świecie kobiety, o których z sentymentem mówimy: moja najlepsza przyjaciółka.

One nie tylko pamiętają nasze czyny, to one właśnie znają nasze myśli - są odbiciem nas samych lub wręcz przeciwnie, dokładnym przeciwieństwem. Ale to o nich zawsze myślimy najpierw, kiedy przydarzy nam się coś wspaniałego, osiągniemy sukces, lub kiedy zły los spadnie na nas jak tona gruzu. Podnoszą nas na duchu, ratują z opresji rodzinnych, pocieszają lub dają kopa na zapęd. Są nam równie potrzebne jak błyszczyk, komórka i torebka pasująca do butów. Bez nich nie byłybyśmy sobą. Kiedy zapomnimy, kim jesteśmy, pokazują nam nasze odbicie. Pokazując palcem rzeczy, o którch staramy się zapomnieć i wyciągając z szafy naszej duszy to, co w nas najcenniejsze.

Dlatego zdrada z ich strony jest nie tylko bolesna, ale wręcz katastrofalna - to tak, jakby twoja własna ręka dała ci w twarz...

Rodzice nigdy niczego nie rozumieją, dzieci rozczarowują, rodzeństwo pożycza pieiądze, a faceci... Cóż, każda kobieta w głębi duszy wie, że kiedyś ją zdradzi, w ten czy inny sposób. Ale nie przyjaciółka!

Poświęcać można się dla faceta albo dla rodziny. Tymczasem wszelkie przysługi robione na rzecz przyjaciółek przychodzą nam więcej niż naturalnie. Robimy to automatycznie, nie myśląc, czy przyjaciółka będzie mogła nam się odwdzięczyć. Nie o to przecież chodzi! Biegamy do sklepu na drugi koniec miasta, pożyczamy ukochane kolczyki i torebki, zarywamy noce na długie rozmowy telefoniczne, pieczemy ciasta na zawołanie, spędzamy długie godziny w dusznych pomieszczeniach lub świeżym powietrzu - i wszystko to bez chwili zwątpienia.

Aż nagle czujemy przysłowiowy sztylet w plecach (a może w sercu?), Sztylet prowadzony ręką pewną, znającą swój cel, działającą bez wahania. I nasz świat wali się w gruzy. Bo do kogo mamy się zwrócić, by wylać nasze żale i zwyczajnie po ludzku popłakać? Właśnie straciłyśmy przyjaciółkę, do której udałybyśmy się w takiej chwili. Przed sobą widzimy tylko przepaść, długą jak nasza wspólna historia, szeroką jak przewidywana wspólna przyszłość, głęboką jak wyjawiane od lat sekrety. Jesteśmy jak bez ręki, nogi, kręgosłupa. Rozstrzaskana na małe kawałeczki. Nie ma nikogo, kto mógłby nas pozbierać.

Dramatyzuję? Przecież jestem kobietą!

Przyjaźń wśród mężczyzn ma zawsze swoje korzenie w rywalizacji, odkryli to już starożytni Grecy, którzy męską przyjaźń cenili wyżej niż swoje związki z kobietami. Ciekawe, co sądzili o przyjaźni między kobietami? Trudno powiedzieć, gdyż nie mieli o niej zielonego pojęcia, ergo - nic nie napisali.

Piszę ten tekst, ponieważ zostałam rozczarowana. Wbrew pozorom, nie chodzi o mężczyznę (ostatecznie, nie zawsze chodzi o facetów!). Roczarowałam się najbardziej ekstremalnym uczuciowo związkiem, jaki udało mi się prowadzić w moim życiu. Żaden facet nie doprowadzał mnie do takich skrajności, nie odbierał mi tyle powietrza, nie owijał się wokól mnie jak piękny szal, powoli zaciskający się na mataforycznej szyi będącej moim życiem. Przyznaję, dałam się zwieść pięknym słowom, gestom, deklaracjom. Jak ćma biegłam do światła, które czekało, by mnie spalić. Rzeczywistość otworzyła mi oczy.

Nikt nie jest samotną wyspą - nawet ja. Ostrzegali mnie wszyscy: przyjaciele, szefowie, a nawet rodzicielka. Najbardziej boli to, że oni mieli rację. A może to, że wykazałam się koncertową głupotą?

Szkoda, że nie mam talentu Agnieszki Osieckiej, żeby opisać o w piosence, pewnie by pomogło i jeszcze dałoby się na tym zarobić... A tak spotkała mnie "tylko" nauczka, która zmienia się w mało ostatnio+- popularną prawdę życiową. Jest szansa, że zbuduję na tym swoją życiową mądrość, kiedy przestanę użalać się nad sobą i wezmę w garść.

Na razie z całych sił staram się powtrzymać złość zmieniającą moje uczucia w nienawiść. Z tym nie potrafiłabym żyć.

Ogólnie rzecz biorąc - łatwiej mieć serce złamane przez faceta. Smutne, ale prawdziwe.

 

PS. Załamania nerwowe są przereklamowane, zwłaszcza, że nie każdy ma pod ręką rodziców z zapasem tabletek nasennych.

PS2. Głupio zrywać przyjaźń tuż przed urodzinami, zwłaszcza, jeśli strona rzucana ma fajny prezent w zanadrzu.

18:45, noirchan , Aaargh
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 29 września 2008
Tempora mutantur et nos mutamur in illis
Czasy się zmieniają, a my wraz z nimi. Tyle Lotarius I. Znajomy (były) dyrektor (byłej, niestety) bydgoskiej szkoły stwierdził podczas przemówienia, że to bzdura. Że to nie czasy się zmieniają, tylko my. Nie pomylę się zbytnio, jeśli skonkluduję: to nie czasy zmieniają nas, to my zmieniamy je.
sobota, 14 czerwca 2008
Przywrócona do rzeczywistości
Możesz uciekać daleko, poza granice znanego Ci świata, choćby poza naszą planetę, ale od samego siebie nie uciekniesz.

Uciekałam bardzo długo.
Udawało mi się symulować życie tak dokładnie, że inni w nie uwierzyli. Wierzyli we mnie.
Tak naprawdę wszystko, czym byłam, co sobą reprezentowałam, było zmyślnie skonsktruowaną fasadą. Pozorami aktualizowanymi zgodnie z najnowszym trendem i zapotrzebowaniem. Mirażem elastycznym, starannie dopasowanym do rzeczywistości.
Symulacja życia tak wiarygodna, że pozwoliłam jej przejąć kontrolę. W końcu ta maska stała się prawdą, istnieniem, które nazwałam samą sobą.
Zaakceptowałam ją.

Walczyłam o sprawy wcześniej mi obojętne z godna podziwu zaciekłością. Grałam w gierki, przyswajając ich nieznane mi dotąd zasady. Przegrywałam. Wygrywałam. Przechodziłam następne etapy konfrontacji. Kolejne poziomy labiryntu stawały przede mną otworem.

Kłamstwo powtarzane ciągle, staje się prawdą.

Ale rdzeń mojej osobowości wcale nie umarł. Nakładane na siebie warstwy wymyślonej mnie wcale nie przywierały na stałe.
Łuski odpadały powoli, stopniowo pozwalając na przebudzenie tej, którą jestem w samym centrum mojego ego, superego i id.
Próbowałam łatać osnowę mojego przebrania, ale śpiące głęboko we mnie istnienie powoli budziło się z narkozy.

...wreszcie znalazłam się w punkcie zwrotnym, kiedy nie mogę już trzymać się kurczowo wymyślonej mnie. Prawdziwa ja otwiera oczy i nie podoba jej się to, co widzi dookoła.
Ponieważ nie potrafi żyć w iluzji, próbuje zmienić rzeczywistość. Ale świat realny nie przejmuje się tymi niezdarnymi próbami. Jego podstawy są zbyt silne, by runęły od razu.

Jeśli chcesz zmienić rzeczywistość, zacznij od samego siebie.


Otwieram oczy.
A potem jeszcze raz otwieram oczy i wsłuchuję się w swój wewnętrzny głos.
Już nie mogę go ignorować.
13:24, noirchan
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 18 listopada 2007
Tajemnicza?

Wychodzi na to, że jestem tajemnicza. Przynajmniej moi znajomi tak twierdzą. I tu pojawia się pytanie: to dobrze czy źle?

Coż, przypuszczam, że jak w każdej sprawie i tu są dwie strony medalu. Tajemniczość - to brzmi fajnie. Budzi ciekawość. I zapewnia sporą dozę prywatności.

Ale równocześnie buduje jakąś przepaść pomiedzy Tobą a ludźmi, na których Ci zależy. A to chyba nie sprzyja zawieraniu nowych przyjaźni. Bo dawni przyjaciele i tak znają mnie, choćbym nie wiem jak usiłowała się ukryć za "tajemniczymi" przymiotami.

Za tym wszystkim kryje się jednak trzecie dno: ja sama nie lubię ujawniać moich prawdziwych uczuć, nawet przed najbliższymi.

Rany boskie, ostatnio nawet nie rozmawiam poważnie z własną matką. Nie chodzi o to, że chcę być jakaś elitarna. Po prostu trudno jest mi się przyznać... A to już kłopot.

Zawiodłam się na kilku osobach. Teraz trudno mi zaufać innym. Odkrywam w sobie tę cechę od niedawna. Kto by pomyślał, że jestem taka przewrażliwiona? Staram się to zwalczyć.

 

A teraz z innej beczki.

Nauczyłam się w tym tygodniu jednej rzeczy: Znajdujesz to, czego szukasz.

Implikacje i konsekwencje...

19:45, noirchan
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 28 października 2007
Czasem bywam boginią... marchewkową

    ...albowiem mam niezwykły talent do pieczenia ciasta marchewkowego :) Jest naprawdę pyszne i wcale nietrudne do wykonania.

    Gdy jestem zestresowana, odprężają mnie przynajmniej dwie rzeczy:

  • mordobicia (gry walki na PeeSa)
  • pieczenie ciasta

    Czyli jestem ostra i słodka, zajebista i boska.

 

    Mam dobry humor pomimo drapania w gardle i strasznego kataru. W środę Halloween. Uwielbiam to święto.

    Pozdrowienia dla wszystkich. 

18:15, noirchan
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 22 października 2007
Panna głupiutka ma nadzieję. Nadzieja matką głupich? Lepiej mieć matkę niż być sierotą.

Przyznam - patrzę na świat odrobinę optymistyczniej. Zapewne dlatego, że Poska piękna jest jesienią, społeczeństwo poszło na wybory, Halloween za pasem... i żadna depresja nie trwa wiecznie. Nawet moja.

Ale uwaga, długie jesienne dni dopiero przed nami!

To mi przypomina... Mam problem. Tzn. zapewne nie jeden :), bo inaczej bym pewnie nie pisała tego Bloxa, ale ten jest kluczowy: nie bardzo mogę pisać szczegółowo o moim życiu, jeżeli nadal chcę pozostać jako tako anonimowa dla szerokiej publiczności. Po prostu sytuacja, w jakiej się znajduję, jest ... hmmm... raczej niepowtarzalna.

Jaaasne, przecież każdy ma problemy ze sobą, bywa nieszczęśliwie zakochany, rodzina go załamuje, a szef i koledzy w pracy są do niczego. Nie kwestionuję tego. Po prostu zauważyła, że moja firma ma dość specyficzne problemy, które osobom zainteresowanym od razu wydadzą się znajome. Dlatego nie będę wspominała pewnych szczegółów, żeby się nie wyróżniać. Niestety, w ten sposób pewne sprawy wydawałyby się kompletnie pozbawione sensu, toteż wcale o nich nie mogę pisać.

Jeśli zatem ktoś oczekuje wielkich zwierzeń, zawiedzie się.

Coś o mnie? Wielka tajemnica: jestem zwyczajna. Chodzę do pracy, spotykam z przyjaciółmi, takie tam. Niezwyczajnie za to jestem głupia, ot co.

Bardziej szczegółowo? Jestem zatrudniona w dziwacznej firmie prywatnej, która (dys)funkcjonuje juz od ładnych kilku lat, chociaż wielu przepowiadało jej rychły upadek. Firma składa się z kilku mniejszych i większych biur, rozrzuconych po całymświecie. To jedno ze źródeł konfliktów. Drugim jest ciągły przypływ i odpływ pracowników (maleńka pensja + duży stres = co kwartalna zmiana obsady). Trzecim jest kierownictwo (wiem wiem, nic Was nie zdziwi, żaden szef nie jest idealny, ale... dobra, nic więcej nie powiem). A czwartym i szerzącym się jest obłuda, fałsz i nielojalność. I kompletny brak zaufania. Z kilkoma chlubnymi wyjątkami.

Czasem się śmieję, że w tej firmie dzień bez awantury jest dniem straconym. A głupia jestem, bo nie mogę zdecydować się na odejście.

Część mojej rodziny i kilkoro przyjaciół wyjechało za granicę. Reszta mieszka w innych miastach rozsianych po całej Polsce. Zaledwie kilku widuję częściej niż raz na trzy miesiące. Moi przyjaciele są wspaniali, wyjechali, ponieważ gonią swoje marzenia. Głupia jestem, bo też powinnam wyjechać. I walczyć o własne marzenia.

Kocham moją rodzinę, chociaż większość jej członków jest stuknięta, każdy na swój charakterystyczny sposób. Przeżyliśmy ostatnio kilka wstrząsających tragedii rodzinnych. Myślę, że nadal się po nich zbieramy. Głupie jest to, że każde z nas robi to oddzielnie, na swój sposób, oddalając się z każdym dniem od innych. Zazdroszczę znajomym opowiadającym ze znudzeniem o kolejnym głośnym i nudnym wielkim spotkaniu imieninowym czy chrzcinach. Jestem za mało inteligentna, by znów połączyć mnoją rodzinę w jedna całość.

Nieprawda. Nie jestem zazdrosna. Jestem smutna.

Na całym świecie jest tylko jedna jedyna sprawa, o którą jestem zazdrosna, w dodatku po raz pierwszy w życiu.

Otóż najważniejszym dowodem na moją bezdenną głupotę jest fakt, iż się zakochałam. Zabujałam jak nastolatka, reaguję jak niespełna rozumu, przepaliły mi się lampki kontrolne... I jedyna osobą, o którą kiedykolwiek byłam zazdrosna jest ON.

Moje uczucie jest BEZNADZIEJNE, ale ponieważ nadzieja umiera ostatnia, już od stycznia jadę na jej oparach. W dniu, kiedy mi jej zabraknie... Nawet moja wyobraźnia nie sięga aż tak daleko.

Ale co tam. Mamy piękną jesień, przede mną kolejny tydzień ciężkiej pracy i nie mniej ciężkich przepychanek za kulisami tzw. władzy, którą jakoby posiadam. Dam z siebie wszystko, trzymając jednocześnie w tajemnicy moje najskrytsze uczucia. Jeśli usłyszycie wielki wybuch... to znaczy, że pękłam.

Ale to się nigdy nie stanie.

00:26, noirchan
Link Dodaj komentarz »
sobota, 22 września 2007
Panna Niezadowolona

Kiedy zaczynam sama sobie działać na nerwy... Przekroczyłam granicę, czyż nie?

Parę lat temu koniecznie chciałam być sobą za wszelką cenę, nie zdając sobie sprawy, iż cały czas byłam sobą, tylko tego nie dostrzegałam.

Teraz mam ochotę uciec od tej osoby, którą się stałam. I nie dziwię się, kiedy inni nie bardzo mogą ze mną wytrzymać. Nie wszyscy, ale znakomita większość znanych mi ludzi nie ma obaw mnie o tym poinformować :) Miło z ich strony. Zapatrzona w czubek własnego nosa nie zauważałam, że staję się złośliwa i kąśliwa. Wieczna maruda.

Zresztą, może to tylko zmęczenie? Mój tegoroczny urlop trwał tylko 5 dni, w dodatku pracowałam 6 sobót pod rząd. Pracoholiczka. Czuję się wypompowana. W pracy zbliża się sezon, co oznacza nadgodziny i stres w dużych ilościach, problemy piętrzące się na półkach i odkładane na później, niezadowolenie z siebie i innych, nie wykorzystane szanse i przeoczone zbiegi okoliczności.
Jest się na co cieszyć.

Co muszę zrobić?

Znaleźć w sobie punkt, który pozwoliłby na zachowanie pogody ducha i optymizmu. Konkrety są ważne, ale w kiepskim świetle nawet najpiękniejsze barwy tracą blask.

Dam radę, oczywiście.

Muszę tylko zadbać, żeby nie było rannych i zabitych... Trudna sprawa.

22:42, noirchan
Link Komentarze (1) »