Wiekszośc historii zaczyna się od słów Dawno, dawno temu... Moja historia to nie bajka, tylko moje życie. Zaczynam zatem od słów: Tu i teraz...
Kategorie: Wszystkie | Aaargh | Bajanie | Magia... | Woohoo
RSS
poniedziałek, 02 lutego 2015
Bajka

Zaczynamy historię od "Dawno, dawno temu". To czas.

Dodajemy "Za siedmioma górami". Mamy miejsce.

Teraz musimy wymyślić bohatera: "był sobie..." No właśnie. Kto?

 

Był sobie dzielny rycerz, który chciał zasłynąć jako pogromca smoków.

Był sobie bardzo stary smok, który postanowił porwać królewnę.

Była sobie piękna królewna...

 

Nie, to nudne. Jeszcze raz.

 

Była sobie królewna, która wcale nie była taka piękna. Właściwie nawet ładna nie była. Była zupełnie zwyczajna. Miała krótkie, chociaż proste nogi. Biustu nie miała prawie wcale. Włosy strasznie się elektryzowały na burzę i zupełnie się nie układały na mrozie. Buzia przeciętna, na szczęście dwa lata temu wyrosła z trądziku. Ale szału nie było.

Trochę się tym martwiła, no bo co ta za historia, kiedy królewna wcale nie jest ładna. Siedziała więc w swoim pokoju, czytała magazyny o modzie, żeby ładnymi ubraniami zasłonić prawdziwe i urojone mankamenty urody, kupowała każdy szampon na elektryzujące włosy, jaki tylko pojawiał się na rynku i malowała paznokcie. Akurat paznokcie odziedziczyła po babci, były długie i mocne, a pomalowane wzbudzały sensację wśród dam dworu.

Siedziała więc sama w domu i oglądała filmiki w internecie, smętnie zastanawiając się nad tym, jaka z niej nieudana królewna.

 

Trzy góry dalej była sobie Smocza Góra, na której mieszkał smok.

Wcale nie był aż taki stary, przynajmniej na smocze lata. Był za to w wieku, kiedy jego smoczy znajomi zaczynali osiągać sukcesy w smoczym biznesie. W gazetach co i rusz pojawiało się nazwisko starego znajomego ze smoczych studiów: a to Smok Zza Piątej Góry porwał dziedziczkę Cesarza Południa, a to znowuż Czarna Smoczyca w przypływie dobrego humoru spaliła zionięciem całkiem spore miasto na Północy... Smok czytał wiadomości z niechęcią. Nigdy nie był specjalnie ambitny jak na smoka.

Wystarczało mu siedzieć na szczycie swojej góry, popijać smoczą herbatkę i konstruować skomplikowane zabawki logiczne. Sprzedawał je potem w internecie, oczywiście pod pseudonimem. Kto kupiłby zabawki od smoka?

Smok byłby całkiem zadowolony, gdyby nie rodzina. Ciotki dzwoniły co drugi dzień, wzdychając, a stryjowie na każdym rodzinnym spotkaniu wypytywali o jego smocze plany.

Smok zatem popadał powoli we frustrację. Frustracja źle wpływała na jego koncentrację i ciężko mu było skupiać się na pracy.

Z niechęcią, ale postanowił coś z tym zrobić. Ponieważ palenie miast słabo wpływało na jego klientów (kto kupowałby jego zabawki?), postanowił zapisać się na stronach gazet jako porywacz królewny.

 

Pochodzący z Północy rycerz przeżył osobistą tragedię. Nie tylko jego miasto zostało spalone przez jakiegoś niespełna rozumu Smoka, to jeszcze, co najgarsze, jego akurat wtedy nie było w mieście!

Rycerz bowiem od czasów dzieciństwa marzył o tym, by pokonać smoka.

Bo widzicie, rycerz nie był specjalnie dzielny, ani przystojny, ani nawet wysportowany. W swojej stalowej zbroi nie wyróżniał się niczym wśród innych rycerzy. Jego rodzice nie mieli znajomości i nie mogli pomóc jego karierze. Ciężko pracował i się starał, ale dotąd nie zasłużył nawet na porządny przydomek.

Pokonanie smoka na pewno pomogłoby jego karierze i mógłby wreszcie... Właściwie nie miał jakiś specjalnych planów na czas po pokonaniu smoka, ale rycerz był pewien, że gdy wreszcie osiągnie swój cel, coś wymyśli.

 

I tu właśnie zaczyna się ta historia.

niedziela, 01 lutego 2015
Dawno, dawno temu...

Dawno, dawno temu byłam małą dziewczynką, która myślała, że fajne rzeczy przydarzają się innym. Co i tak nie ma tak naprawdę większego znaczenia, bo najfajniejsze rzeczy dzieją się w książkach albo filmach, a zwykłe życie nigdy nie będzie tak ciekawe.

Wymyśliłam więc, że zostanę pisarką, żeby chociaż w ten sposób stworzyć namiastkę fajności w której będę miała udział.

Potem stwierdziłam, że wszystkie dobre pomysły zostały już wykorzystane, więc cokolwiek napiszę, będzie to odtwórcze, a ponieważ nikt mnie nigdy nie zrozumie, nie ma żadnego sensu, żeby się starać.

Ostatecznie uroiłam sobie, że urodziłam się w obcej epoce, która do mnie nie pasuje.

Nie miałam jednak zamiaru się buntować, ponieważ wzbudziłoby to kontrowersje i zwróciłoby uwagę innych w moją stronę. A to wymagałoby mojej reakcji, co naraziłoby mnie na kontakt z innymi ludźmi.

Tak naprawdę bardzo chciałam zwrócić na siebie uwagę wszystkich, zaraz panicznie bojąc się, że kiedys faktycznie do tego dojdzie!

Jednym słowem: nie tylko byłam strasznie leniwa, ale również przeczyłam samej sobie.

 

Tu i teraz, jako oficjalnie dorosła kobieta, uważam, że fajne rzeczy przydarzają się tym, którzy: sami stwarzają okazję do fajnych rzeczy oraz pozwalają innym wciągnąć się do rzeczy przez nich stworzonych.

Przestałam zamartwiać się tym, czy wzbudzę kontrowersję, czy zostanę oceniona jako nudziara albo ktoś, kto nie pasuje.

Sama sobie przytknęłam łatkę: SKOMPLIKOWANA. Spodobała mi się. Odetchnęłam i zaczęłam żyć po swojemu.

Popełniam masę błędów. Buntuję się trzy razy dziennie, trzy razy dziennie dopasowuje się do sytuacji i trzy razy dziennie popadam w konflikt sama z sobą. Tylko czy to faktycznie jest konflikt? Pozwalam sobie być sobą. Bez filtra.

Nadal jestem najbardziej leniwą osobą, którą znam. Postanowiłam jednak nad tym popracować.

Zrobiłam w życiu parę fajnych rzeczy, parę niefajnych też. Sęk w tym, że nie liczy się to, co było. Ani to, co będzie. Jedyne, co mam, to TU I TERAZ.

Szanuję swoją przeszłość, bo dzięki niej dotarłam TUTAJ.

Cieszę się na swoją przyszłość, bo to dla niej buduję swoje TERAZ.

A jeśli nawet nasza epoka nie do końca do mnie pasuje, to nie szkodzi. Czas nie zatrzymuje się dla nikogo. Dzisiaj tęsknię za czymś, co było. Jutro zagubię się w marzeniach o przyszłości. Teraz postawię kropkę. Koniec wpisu.

poniedziałek, 20 czerwca 2011
Chamstwo (nie)pożądane
Czy ustępujecie starszym miejsca w autobusie lub tramwaju? Odpuszczacie miejsce w kolejce pani w zaawansowanej ciąży lub panu z jednym artykułem, chociaż w Waszym koszyku nie ma nawet jak szpilki wcisnąć? Przeklinacie w miejscu pracy? No właśnie...
niedziela, 06 września 2009
Wbijanie szpili czyli chimery ekstremalne w damskim wykonaniu

Żadna zdrada nie boli tak bardzo jak zdrada najlepszego przyjaciela. Szególnie mocno - najlepszej przyjaciółki.

Kobiety są trudniejsze. Nie tylko w utrzymaniu, w poskromieniu charakteru, ale również w zdobyciu i utrzymaniu przyjaźni. Facetom jest łatwiej. Przyjaciela znajdują raz i na całe życie, cała reszta to kumple albo koledzy z pracy, a najczęściej po prostu kontrahenci albo znajomi do kieliszka. Przepraszam, kufla.

W kobiecym świecie przyjaciółka przyjaciółce nierówna i dlatego znalazłyśmy na to tysiące określeń "pomiędzy". Mamy koleżanki z pracy, te lubiane, z którymi urywamy się na przerwy, te przydatne, z którymi załatwiamy interesy międzywydziałowe (gdyby szefowie płci męskiej wiedzieli, jak wiele układów i kontraktów zależy od dobrych stosunków pani Marysi z sekretariatu i pani Danusi z księgowości...!) oraz te niezbędne, których nie lubimy, ale bez których nie byłoby o czym rozmawiać na papierosie.

Mamy też koleżanki "kawkowe", z którymi spotykamy się kilka razy w roku. Najczęściej są reliktem naszej przeszłości, chodziłyśmy z nimi do szkoły, rzucałyśmy się łopatką w piaskownicy lub wypijałyśmy pierwsze drinki alkoholowe przed szczeniackimi imprezami. To one nauczyły nas, jak malować usta szminką, wytłumaczyły, dlaczego sąsiad z drugiego piętra jaet palantem i wyjawiły, jak smakują pierwsze pocałunki skradzione w ciemnej klatce schodowej. Teraz, gdy nasze drogi rozeszły się w kilkanaście różnych kierunków, to one sprowadzają nas na ziemie, do wspomnień ze starych pięknych czasów, które na szczęscie odeszły już w niepamięć. Spotkania z nimi są przyzwyczajeniem, którego nigdy nie porzucimy, ponieważ nie potrafimy żyć bez ploteczek o ludziach, których znaliśmy dawno temu.

Przyjaciółki studenckie znają nasze ciemne sekrety - chłopaków przemycanych do akademika, noce zarwane na imperzach przed, po i w trakcie sesji, kiedy rodzina była pewna, że kujemy do egzaminu. To od nich pożyczałyśmy kasę na jedzenie, kiedy kończyło się stypendium. Do dziś w szafie znajdujemy sweterki, które pożyczyłyśmy sobie tyle czasu temu, kiedy skończył się nam zapas czystych ubrań. Z nimi kontakt utrzymywać łatwiej, bo przeważnie pracujemy w tej samej branży - dobrze wiedzieć, jak te same problemy rozwiązuje się w innych firmach, szkołach, urzędach - w różnych województwach. (Ciekawa teoria, kto rządzi tym krajem, prawda?)

Są na tym świecie kobiety, o których z sentymentem mówimy: moja najlepsza przyjaciółka.

One nie tylko pamiętają nasze czyny, to one właśnie znają nasze myśli - są odbiciem nas samych lub wręcz przeciwnie, dokładnym przeciwieństwem. Ale to o nich zawsze myślimy najpierw, kiedy przydarzy nam się coś wspaniałego, osiągniemy sukces, lub kiedy zły los spadnie na nas jak tona gruzu. Podnoszą nas na duchu, ratują z opresji rodzinnych, pocieszają lub dają kopa na zapęd. Są nam równie potrzebne jak błyszczyk, komórka i torebka pasująca do butów. Bez nich nie byłybyśmy sobą. Kiedy zapomnimy, kim jesteśmy, pokazują nam nasze odbicie. Pokazując palcem rzeczy, o którch staramy się zapomnieć i wyciągając z szafy naszej duszy to, co w nas najcenniejsze.

Dlatego zdrada z ich strony jest nie tylko bolesna, ale wręcz katastrofalna - to tak, jakby twoja własna ręka dała ci w twarz...

Rodzice nigdy niczego nie rozumieją, dzieci rozczarowują, rodzeństwo pożycza pieiądze, a faceci... Cóż, każda kobieta w głębi duszy wie, że kiedyś ją zdradzi, w ten czy inny sposób. Ale nie przyjaciółka!

Poświęcać można się dla faceta albo dla rodziny. Tymczasem wszelkie przysługi robione na rzecz przyjaciółek przychodzą nam więcej niż naturalnie. Robimy to automatycznie, nie myśląc, czy przyjaciółka będzie mogła nam się odwdzięczyć. Nie o to przecież chodzi! Biegamy do sklepu na drugi koniec miasta, pożyczamy ukochane kolczyki i torebki, zarywamy noce na długie rozmowy telefoniczne, pieczemy ciasta na zawołanie, spędzamy długie godziny w dusznych pomieszczeniach lub świeżym powietrzu - i wszystko to bez chwili zwątpienia.

Aż nagle czujemy przysłowiowy sztylet w plecach (a może w sercu?), Sztylet prowadzony ręką pewną, znającą swój cel, działającą bez wahania. I nasz świat wali się w gruzy. Bo do kogo mamy się zwrócić, by wylać nasze żale i zwyczajnie po ludzku popłakać? Właśnie straciłyśmy przyjaciółkę, do której udałybyśmy się w takiej chwili. Przed sobą widzimy tylko przepaść, długą jak nasza wspólna historia, szeroką jak przewidywana wspólna przyszłość, głęboką jak wyjawiane od lat sekrety. Jesteśmy jak bez ręki, nogi, kręgosłupa. Rozstrzaskana na małe kawałeczki. Nie ma nikogo, kto mógłby nas pozbierać.

Dramatyzuję? Przecież jestem kobietą!

Przyjaźń wśród mężczyzn ma zawsze swoje korzenie w rywalizacji, odkryli to już starożytni Grecy, którzy męską przyjaźń cenili wyżej niż swoje związki z kobietami. Ciekawe, co sądzili o przyjaźni między kobietami? Trudno powiedzieć, gdyż nie mieli o niej zielonego pojęcia, ergo - nic nie napisali.

Piszę ten tekst, ponieważ zostałam rozczarowana. Wbrew pozorom, nie chodzi o mężczyznę (ostatecznie, nie zawsze chodzi o facetów!). Roczarowałam się najbardziej ekstremalnym uczuciowo związkiem, jaki udało mi się prowadzić w moim życiu. Żaden facet nie doprowadzał mnie do takich skrajności, nie odbierał mi tyle powietrza, nie owijał się wokól mnie jak piękny szal, powoli zaciskający się na mataforycznej szyi będącej moim życiem. Przyznaję, dałam się zwieść pięknym słowom, gestom, deklaracjom. Jak ćma biegłam do światła, które czekało, by mnie spalić. Rzeczywistość otworzyła mi oczy.

Nikt nie jest samotną wyspą - nawet ja. Ostrzegali mnie wszyscy: przyjaciele, szefowie, a nawet rodzicielka. Najbardziej boli to, że oni mieli rację. A może to, że wykazałam się koncertową głupotą?

Szkoda, że nie mam talentu Agnieszki Osieckiej, żeby opisać o w piosence, pewnie by pomogło i jeszcze dałoby się na tym zarobić... A tak spotkała mnie "tylko" nauczka, która zmienia się w mało ostatnio+- popularną prawdę życiową. Jest szansa, że zbuduję na tym swoją życiową mądrość, kiedy przestanę użalać się nad sobą i wezmę w garść.

Na razie z całych sił staram się powtrzymać złość zmieniającą moje uczucia w nienawiść. Z tym nie potrafiłabym żyć.

Ogólnie rzecz biorąc - łatwiej mieć serce złamane przez faceta. Smutne, ale prawdziwe.

 

PS. Załamania nerwowe są przereklamowane, zwłaszcza, że nie każdy ma pod ręką rodziców z zapasem tabletek nasennych.

PS2. Głupio zrywać przyjaźń tuż przed urodzinami, zwłaszcza, jeśli strona rzucana ma fajny prezent w zanadrzu.

18:45, noirchan , Aaargh
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 29 września 2008
Tempora mutantur et nos mutamur in illis
Czasy się zmieniają, a my wraz z nimi. Tyle Lotarius I. Znajomy (były) dyrektor (byłej, niestety) bydgoskiej szkoły stwierdził podczas przemówienia, że to bzdura. Że to nie czasy się zmieniają, tylko my. Nie pomylę się zbytnio, jeśli skonkluduję: to nie czasy zmieniają nas, to my zmieniamy je.
 
1 , 2